Nazywam się Alicja i właśnie dziś, 24 czerwca, skończyłam 19 lat.
Nazywam się Ala, mam 19 lat i nadal jestem nikim. NIKIM. Przez 19 lat nędznego żywota niczego nie osiągnęłam, niczym specjalnym nie zasłynęłam, nie uratowałam nikomu życia, nie wynalazłam leku na raka czy aids.
Jestem Alka, mam 19 lat i niedawno miałam maturę. Za 5 dni wyniki. Modlę się żeby były dobre. W końcu jak każdy 19-letni człowiek po skończeniu liceum chcę iść na studia. Chcę iść na studia, studiować, zdobyć tytuł magistra, może doktora i nadal być nikim. Bo co może jakiś tam prawnik? Gówno może. Nic nie może.
Jestem Alicja. Właśnie dziś ponownie zawalił mi się świat na głowę. Ale to nieważne, przecież przede mną jeszcze miliony miłosnych rozczarowań, tysiące złamanych serc. Ot, zdarzyło się, bo to raz...
Mam 19 lat, a w grudniu koniec świata. Kolejny koniec świata. A co jeżeli ten jest prawdziwy, ten ostatni, jedyny? Czy to oznacza, o ile dobrze dedukuję, że nigdy nie skończę studiów, nie zostanę matką, żoną, nie założę rodziny, nie będę miała drewnianego domku, basenu, psa i miliona kotów? Czy to oznacza, że na zawsze (o zgrozo, to "ZAWSZE" wcale nie jest takie długie!) zostanę takim nikim ze średnim wykształceniem?
Jestem nikim. Nie jestem niewidzialna, co to to nie. Mimo to swoją 160 cm personą nie reprezentuję niczego przydatnego dla ludzkości. Nie jestem szczególnie ładna, raczej przeciętna. Niska, chuda, z zielonymi oczami, piegami i brązowymi włosami. Zwyklak. Geniuszem też nie jestem. Kujonem tym bardziej. Na pewno jestem inteligentna, ale też nie są to wyżyny. Nie mam żadnego talentu. No, żadnego. Nie umiem grać na instrumentach, nie umiem śpiewać, nie umiem tworzyć. Sportowa inwalidka. Uzdolnień plastycznych nie wykryto.
Mam psa, ale wolę koty. Nie jem mięsa. Jestem na wiecznej diecie, grom jeden wie dlaczego. Dużo czytam. Klnę jak szewc, uzależniona od nikotyny i kofeiny. Antytalent kucharski, kaleczę się nawet przy krojeniu chleba.
Witam, witam, o zdrowie nie pytam. Przecież nawet mnie to nie interesuje.
Jestem Alicja. Właśnie dziś ponownie zawalił mi się świat na głowę. Ale to nieważne, przecież przede mną jeszcze miliony miłosnych rozczarowań, tysiące złamanych serc. Ot, zdarzyło się, bo to raz...
Mam 19 lat, a w grudniu koniec świata. Kolejny koniec świata. A co jeżeli ten jest prawdziwy, ten ostatni, jedyny? Czy to oznacza, o ile dobrze dedukuję, że nigdy nie skończę studiów, nie zostanę matką, żoną, nie założę rodziny, nie będę miała drewnianego domku, basenu, psa i miliona kotów? Czy to oznacza, że na zawsze (o zgrozo, to "ZAWSZE" wcale nie jest takie długie!) zostanę takim nikim ze średnim wykształceniem?
Jestem nikim. Nie jestem niewidzialna, co to to nie. Mimo to swoją 160 cm personą nie reprezentuję niczego przydatnego dla ludzkości. Nie jestem szczególnie ładna, raczej przeciętna. Niska, chuda, z zielonymi oczami, piegami i brązowymi włosami. Zwyklak. Geniuszem też nie jestem. Kujonem tym bardziej. Na pewno jestem inteligentna, ale też nie są to wyżyny. Nie mam żadnego talentu. No, żadnego. Nie umiem grać na instrumentach, nie umiem śpiewać, nie umiem tworzyć. Sportowa inwalidka. Uzdolnień plastycznych nie wykryto.
Mam psa, ale wolę koty. Nie jem mięsa. Jestem na wiecznej diecie, grom jeden wie dlaczego. Dużo czytam. Klnę jak szewc, uzależniona od nikotyny i kofeiny. Antytalent kucharski, kaleczę się nawet przy krojeniu chleba.
Witam, witam, o zdrowie nie pytam. Przecież nawet mnie to nie interesuje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz